To bardzo dziwna choroba, a może to wcale nie choroba, tylko specyficzny, bolesny stan duszy. Działają armie specjalistów, którzy próbują nas uwolnić od depresji: terapeuci, psychoterapeuci, analitycy, psycholodzy, parapsycholodzy, bioenergoterapeuci; zalecane są terapie indywidualne, grupowe, autopsychoterapie, psychoanaliza, terapie zajęciowe, pozytywne afirmacje itd.,itp, oraz farmakologia.
Próbowałam wszystkiego!

modlitwa ma moc
Moja depresja pierwszy raz dała o sobie znać – i to w sposób bardzo gwałtowny – piętnaście lat temu. Nawet zasypianie sprawiało mi trudność, bo walące serce albo nie dało zasnąć, albo budziło mnie. A sen był wtedy moim marzeniem i wyzwoleniem. Na szczęście osiągalnym. Zakopywałam się w łóżku pod kołdrę i to była najbardziej komfortowa dla mnie pozycja życiowa.
Praca, obowiązki domowe – sama myśl o tym wyczerpywała. Strach, niemoc, słabość – to nie opuszczające mnie uczucia. Obsesyjne myślenie, co powinnam dziś zrobić, ile mogłabym zrobić, co uda mi się zrobić i tęsknota za wieczorem, kiedy już dzień się skończy i będzie można schować się w pościeli.
Z zadziwieniem obserwowałam ludzi, którzy aktywnie działali, bawili się, podróżowali, budzili się radośnie rankiem, aby żyć. Po latach zmagania się z moimi stanami duszy i ciała (bóle i zawroty głowy, duszności, bóle w klatce piersiowej i pleców, sztywnienie rąk, nóg, palpitacje, pocenie się i słabość fizyczna, wstręt do jedzenia) przeczytałam gdzieś, że istnieje tak zwana depresja nawykowa, innymi słowy uzależnienie od depresji. Można uzależnić się od komputera, jedzenia lub niejedzenia, od narkotyków, nikotyny, alkoholu, drugiego człowieka a nawet od swojej depresji!
Na czym to polega? Zapewne na tym, że sytuacje trudne, stresowe, gdy coś nie pomyśli, gdy trzeba się nagiąć, to wtedy alkoholik sięga po alkohol, a depresant po depresję. Jest to oświadczenie wszem i wobec: ja sobie z tym nie poradzę, dajcie mi spokój. Depresja jest zatem także, ale przecież nie tylko, ucieczką od życia i wszystkich niedogodności, które ono niesie.
Jest mnóstwo świadectw osób, którym udało się wydostać z depresji, z alkoholizmu, narkomanii, czy innych uzależnień. To daje nadzieję. Ja po kilkunastu latach zmagania się ze stanami depresyjnymi, po wielu lekturach na ten temat, uważam, że wszystkie nasze uzależnienia biorą się z czarnej dziury, która jest w naszej duszy. Dusza krzyczy, woła o pomoc – ona chce żyć, a my nie pozwalamy jej oddychać, gdyż na życie duchowe nie mamy czasu lub nie wiemy, co to takiego jest?
Przełomem w walce z depresją – bo tak śmiało mogę nazwać wszystkie moje próby wydostania się z niej – były pierwsze spotkania z Panem Bogiem. Najpierw poprzez czytanie Nowego Testamentu, który ktoś przyniósł mi do domu. Lektura Nowego Testamentu przynosiła mi ulgę, porządkowała świat. Biblia odpowiadała na wszystkie moje niepokoje. Uwiodła mnie intelektualnie.
W przypowieściach Chrystusa odnajdywałam rozwiązania najtrudniejszych problemów moralnych, międzyludzkich. Co bardzo ciekawe, byłam już po ogromnej ilości lektur z tak zwanej półki psychologicznej. I tu nagle odnajduję książkę napisaną dwa tysiące lat temu, kiedy nie było kina, telewizji, telefonów, komputerów – ludzie żyli przecież w zupełnie innej rzeczywistości. Okazuje się, że mieli te same co my problemy i właśnie Chrystus potrafił im wytłumaczyć, pomóc.
Pomijając moją wiarę w to, czy był rzeczywiście Synem Bożym, wiedziałam, że Chrystus był najgenialniejszym, najgłębszym ze znanych mi psychologów. Filozofia chrześcijańska odpowiedziała mi na wszystko, co było dla mnie trudne do zrozumienia. Ale te odpowiedzi nakładały na mnie ogromny wysiłek zmiany siebie, zmiany widzenia innych ludzi, obowiązek przebaczania największym oprawcom.
Kolejnym spotkaniem z Panem Bogiem były rozmowy, a potem długie spowiedzi. A spowiedzi były dramatyczne, pełne żalu, rozpaczy, łez. Po czterdziestu latach wędrowania po świecie ze światopoglądem ateistycznym nazbierało się grzechów! Mój ksiądz udzielając mi rozgrzeszenia zawsze dodawał: Pan Bóg bardzo cię kocha. To zdanie wywoływało w mej duszy nieufność, wzruszenie, w reszcie miłość i spokój.
Wiara jest łaską. Ci, którzy jej doznają są wielkimi szczęściarzami. Dzisiaj wiem, że bez modlitwy, rozmów z Panem Bogiem, czytania Pisma Świętego niewiele rozumiałabym z tego, co się wydarzyło i wydarza w moim życiu. Dzięki spotkaniom z ludźmi wierzącymi pojęłam słowo: pokora. Potem zobaczyłam, ile we mnie jest pychy. Bardzo trudno poradzić sobie z pychą, która pcha nas do życia według własnego planu, własnych oczekiwań i ambicji.
Pokora znaczy dziś dla mnie dziękowanie Panu Bogu za rzeczy, które mi się nie udały. To bardzo trudne, równie trudne jak przebaczanie tym, którzy nas skrzywdzili.
Święty Paweł w Drugim Liście do Koryntian tak pisze: Powstrzymuję się jednak, aby mnie nikt nie oceniał ponad to, co widzi we mnie lub co ode mnie słyszy. Aby zaś nie wynosił mnie zbytnio ogrom objawień, dany mi został oścień dla ciała, wysłannik szatana, aby mnie policzkował – żebym się nie unosił pychą. Dlatego trzykrotnie prosiłem Pana, aby odszedł ode mnie, lecz [Pan] mi powiedział: „Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali”. Najchętniej więc będę się chlubił z moich słabości, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa. Dlatego mam upodobanie w moich słabościach, w obelgach, w niedostatkach, w prześladowaniach, prześladowaniach uciskach z powodu
Chrystusa. Albowiem ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny. Oszalałem, a wyście mnie do tego zmusili. To wy powinniście wyrażać mi uznanie. W niczym przecież nie byłe mniejszy od „wielkich apostołów”, chociaż jestem niczym.
Święty Paweł jest mi wyjątkowo bliski. On też był wielkim grzesznikiem, zwalczał okrutnie chrześcijan, do dnia, kiedy Pan Bóg upomniał się o niego. Jego życie, podobnie jak świętego Augustyna, miało dwa rozdziały: pierwszy bez Boga, drugi dla Boga. Pozostawili świadectwa poruszające, bo możemy do nich się porównać, zwłaszcza do pierwszych bezbożnych rozdziałów.
Dagmara